Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata




НазваPrawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata
старонка5/13
Дата канвертавання14.12.2012
Памер0.75 Mb.
ТыпДокументы
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13
Księcia Macchiavellego, książki Thoreau, Kropotkina, Kotarbińskiego. Całe lato czytał tak dużo, że pra­wie nie wychodził ze swojego pokoju. Zaniepokojona tym wszystkim dziedziczka Popielska podeszła któregoś wieczora do jego biurka i powiedziała:

- Mówią, że ten rabin z Jeszkotli jest uzdrowi­cielem. Byłam u niego i poprosiłam, żeby przyszedł do nas. Zgodził się.

Dziedzic uśmiechnął się, rozbrojony naiwnością żony.

Rozmowa nie wyglądała tak, jak sobie wyobrażał. Wraz z rabinem przyszedł młody Żyd, rabin bowiem nie mówił po polsku. Dziedzic Popielski nie miał ochoty zwierzać się tej dziwacznej parze ze swoich cierpień. Zadał więc starcowi swoje trzy pytania, choć prawdę mówiąc, nie liczył na odpowiedź. Młody chłopiec z pej­sami przetłumaczył jasne, wyraźne polskie zdania na pokrętny i gardłowy język rabina. Wtedy rabin zasko­czył dziedzica.

- Zbierasz pytania. To dobrze. Mam do twojej kolekcji jeszcze jedno, ostatnie pytanie: Dokąd zmie­rzamy? Co jest celem czasu?

Rabin wstał. Na pożegnanie podał dziedzicowi rękę bardzo kulturalnym gestem. Po chwili odezwał się jeszcze niewyraźnie od drzwi i chłopiec przetłumaczył:

- Czas niektórych plemion dopełnia się. Dlatego dam ci coś, co powinno teraz stać się twoją własnością.

Dziedzica rozbawił ten tajemniczy ton i powaga Żyda. Po raz pierwszy od miesięcy z apetytem zjadł kolację i żartował z żony.

- Chwytasz się wszelkich guseł, żeby wyleczyć mnie z zapalenia stawów. Najlepszym lekarstwem na chore stawy jest, jak widać, stary Żyd, który pytaniem odpowiada na pytanie.

Na kolację był karp w galarecie.

Następnego dnia do Dziedzica przyszedł chłopiec z pejsami i przyniósł spore drewniane pudełko. Dzie­dzic otworzył je zaciekawiony. W środku były prze­gródki. W jednej leżała stara książka z łacińskim tytu­łem: Ignis fatuus, czyli Pouczająca gra na jednego gracza.

W następnej przegródce wyścielonej aksamitem tkwiła czeczotowa ośmiościenna kostka. Na każdej ściance była inna liczba oczek, od jednego do ośmiu. Dziedzic Popielski nigdy nie widział takiej kostki do gry. W pozostałych przegródkach leżały mosiężne mi­niaturowe figurki ludzi, zwierząt i przedmiotów. Pod spodem znalazł złożony wielokrotnie i przetarty na kra­wędziach kawał płótna. Coraz bardziej zadziwiony tym dziwacznym prezentem, rozkładał płótno na podłodze, aż zajęło prawie całe wolne miejsce między biurkiem a regałami na książki. To była jakaś gra, jakiś chińczyk, w formie wielkiego kolistego labiryntu.


Czas Topielca Pluszcza


Topielec - to dusza chłopa zwanego Pluszczem. Pluszcz utopił się w stawie któregoś sierpnia, gdy wy­pita wódka zanadto rozcieńczyła mu krew. Wracał wo­zem z Woli i nagle spłoszone księżycowymi cieniami konie przewróciły wóz. Chłop wpadł do płytkiej wody, a konie odeszły zawstydzone. Woda przy brzegu stawu była ciepła, nagrzana od sierpniowych upałów, i Plusz­czowi przyjemnie się w niej leżało. Nie zauważył, że umiera. Kiedy ta ciepła woda wdarła się do płuc pija­nego Pluszcza, stęknął, ale nie wytrzeźwiał.

Uwięziona w pijanym ciele, oszołomiona dusza, dusza nie rozgrzeszona, bez mapy dalszej drogi do Boga, została jak pies przy stygnącym w sitowiu ciele.

Taka dusza jest ślepa i bezradna. Uparcie wraca do ciała, bo nie zna innego sposobu istnienia. Tęskni jednak do kraju, z którego pochodzi, w którym była od zawsze i z którego wypchnięto ją w świat materii. Pamięta go i wspomina, lamentuje i tęskni, ale nie wie, jak tam wrócić. Ponoszą ją fale rozpaczy. Wtedy opusz­cza gnijące już ciało i na własną rękę szuka drogi. Wałęsa się po rozstajach, gościńcach, próbuje złapać okazję przy szosach. Przybiera różne postaci. Wchodzi w przedmioty i zwierzęta, czasem nawet w mało przy­tomnych ludzi, ale nigdzie już nie potrafi zagrzać miej­sca. W świecie materii jest wygnańcem, nie chce jej też świat ducha. Żeby bowiem wejść do świata ducha, potrzebna jest mapa.

Po tych beznadziejnych wędrówkach dusza wraca do ciała albo do miejsca, gdzie opuściła ciało. Lecz zimne, martwe ciało jest dla niej tym, czym dla czło­wieka żywego zgliszcza domu. Dusza próbuje poruszyć martwym sercem, martwą, bezwładną powieką, ale nie starcza jej sił czy determinacji. Martwe ciało, zgodnie z boskim porządkiem mówi: nie. Ciało człowieka staje się więc znienawidzonym domem. Miejsce śmierci ciała zaś - znienawidzonym więzieniem duszy. Dusza topielca szeleści w trzcinach, udaje cienie, a czasem pożycza sobie od mgły jakiś kształt, dzięki któremu pragnie skontaktować się z ludźmi. Nie rozumie, dlaczego lu­dzie jej unikają, dlaczego budzi w nich przerażenie.

Tak też dusza Pluszcza myślała w swoim pomie­szaniu, że nadal jest Pluszczem.

Z czasem w duszy Pluszcza zrodziło się jakieś rozczarowanie i niechęć do wszystkiego, co ludzkie. Plątały się w niej jakieś pozostałości starych, ludzkich czy nawet zwierzęcych myśli, jakieś wspomnienia i ob­razy. Wierzyła więc, że odegra jeszcze raz moment katastrofy, moment śmierci Pluszcza lub kogoś innego, i to pomoże jej się uwolnić. Dlatego tak bardzo prag­nęła znowu spłoszyć jakieś konie, przewrócić jakiś wóz i utopić jakiegoś człowieka. Tak z duszy Pluszcza na­rodził się Topielec.

Topielec obrał sobie na siedzibę leśny staw z groblą i mostkiem, a także cały las zwany Wodenicą oraz łąki od Papierni aż do Wydymacza, gdzie szcze­gólnie obficie występowała mgła. Włóczył się po swoich włościach, bezmyślny i pusty. Tylko czasami, gdy spotykał człowieka lub zwierzę, ożywiało go uczucie złoś­ci. Jego trwanie nabierało wtedy sensu. Za wszelką cenę starał się wyrządzić napotkanej istocie jakieś zło, mniej­sze czy większe, ale zło.

Topielec wciąż na nowo poznawał własne moż­liwości. Najpierw sądził, że jest słaby i bezbronny, że jest czymś w rodzaju zawirowania powietrza, lekkiej mgiełki, kałuży wody. Potem odkrył, że może się po­ruszać szybciej, niżby ktokolwiek mógł przypuszczać, samą myślą. O jakim miejscu pomyślał, zaraz mógł się tam znaleźć. W okamgnieniu. Odkrył też, że słucha go mgła, że może nią rządzić, jak chce. Może wziąć z niej siłę albo kształt, może poruszać całymi jej tumanami, zasłaniać nimi słońce, rozmazywać horyzont, przedłużać noc. Topielec uznał, że jest Władcą Mgły i od tej pory tak zaczął o sobie myśleć - Władca Mgły.

Władca Mgły najlepiej czuł się pod wodą. Całe lata leżał pod jej powierzchnią na łożu ze szlamu i gni­jących liści. Oglądał spod wody zmieniające się pory roku, wędrówki słońca i księżyca. Spod wody widział deszcz, opadające jesienią liście, tańce letnich ważek, kąpiących się ludzi, pomarańczowe nóżki dzikich ka­czek. Czasem coś go budziło z tego snu-nie-snu, cza­sem nie. Nie zastanawiał się nad tym. Trwał.


Czas starego Boskiego


Stary Boski całe życie przesiedział na dachu pa­łacu. Pałac był wielki, to i dach ogromny - pełen sko­sów, spadów i krawędzi. I cały kryty pięknym drewnianym gontem. Gdyby rozprostować pałacowy dach i roz­łożyć na ziemi, nakryłby całe pole, jakie posiadał Boski.

Uprawianie tej ziemi zostawił Boski żonie i dzie­ciom - miał trzy dziewczyny i chłopaka, Pawła, zdol­nego i postawnego. Sam co rano wchodził na dach i wymieniał nadgniłe lub zmurszałe gonty. Jego praca nie miała końca. Nie miała też początku, Boski nie zaczynał bowiem od jakiegoś konkretnego miejsca i nie posuwał się w konkretnym kierunku. Na kolanach badał metr po metrze drewnianego dachu i sunął to tu, to tam.

W południe przychodziła do niego żona z obia­dem w dwojakach. W jednym naczyniu był żur, w dru­gim ziemniaki, albo kasza ze skwarkami i zsiadłe mle­ko, albo kapusta i ziemniaki. Stary Boski nie schodził na obiad. Podawano mu dwojaki na sznurze w wiader­ku, w którym wjeżdżały na górę drewniane gonty.

Boski jadł, a żując rozglądał się wokół po świe­cie. Z dachu pałacu widział łąki, rzekę Czarną, dachy Prawieku i figurki ludzkie, tak maleńkie i kruche, że staremu Boskiemu chciało się na nie dmuchnąć i zwiać je ze świata jak śmieci. Przy tej myśli napychał usta kolejną porcją jedzenia, a na jego ogorzałej twarzy po­jawiał się grymas, który mógłby być uśmiechem. Boski lubił tę chwilę każdego dnia, to swoje wyobrażenie rozdmuchiwanych na wszystkie strony ludzi. Czasem wy­obrażał sobie nieco inaczej: jego oddech staje się hu­raganem, zrywa dachy z domów, obala drzewa, kładzie pokotem sady. Na równiny wdziera się woda, a ludzie na gwałt budują łodzie, żeby ocalić siebie i swój do­bytek. W ziemi tworzą się leje, z których wybucha czysty ogień. Pod niebo wali para z walki ognia i wody. Wszystko drży w posadach i w końcu zapada się jak dach starego domu. Ludzie przestają być ważni - Boski niszczy cały świat.

Przełykał kęs i wzdychał. Wizja rozwiewała się. Skręcał sobie teraz papierosa i spoglądał bliżej, na dzie­dziniec pałacu, na park i fosę, na łabędzie, na staw. Przyglądał się podjeżdżającym powozom, później samo­chodom. Widział z dachu damskie kapelusze, łysiny pa­nów, widział dziedzica wracającego z konnej przejaż­dżki i dziedziczkę, która poruszała się zawsze drobnymi kroczkami. Widział panienkę, kruchą i delikatną, i jej psy, które budziły we wsi postrach. Widział wieczny ruch mnóstwa ludzi, ich powitalne i pożegnalne gesty i miny, ludzi wchodzących i wychodzących, mówiących do siebie i słuchających.

Ale co go oni obchodzili? Kończył palić skręta, a jego wzrok uparcie wracał do drewnianych gontów, żeby na nich osiąść niby rzeczna szczeżuja, żeby się nimi sycić i karmić. I już myślał o przycięciach i szli­fach - tak kończyła się jego przerwa obiadowa.

Żona zabierała spuszczone na linie dwojaki i wracała przez łąki do Prawieku.

Czas Pawła Boskiego

Syn Starego Boskiego, Paweł, chciał być kimś „ważnym". Bał się, że jeżeli nie zacznie szybko działać, stanie się tak „nieważny" jak jego ojciec i zawsze już będzie kładł jakieś gonty na jakimś dachu. Dlatego gdy miał szesnaście lat, wyniósł się z domu, w którym kró­lowały jego nieładne siostry, i najął się w Jeszkotlach do pracy u Żyda. Żyd nazywał się Aba Kozienicki i han­dlował drzewem. Na początku Paweł pracował jako zwykły drwal i ładowacz, lecz musiał spodobać się Abie, bo wkrótce ten powierzył mu odpowiedzialną pracę znaczenia i sortowania pni.

Paweł Boski nawet przy sortowaniu drzewa za­wsze patrzył w przyszłość, przeszłość go nie intereso­wała. Sama myśl, że można kształtować przyszłość, wpływać na to, co się stanie, podniecała go. Czasem zastanawiał się, jak to wszystko się dzieje. Czy gdyby urodził się w pałacu jako Popielski, byłby taki sam jak teraz? Czy myślałby tak samo? Czy podobałaby mu się Misia od Niebieskich? Czy nadal chciałby zostać felcze­rem, czy może mierzyłby wyżej - lekarzem, profesorem na uniwersytecie?

Jednego młody Boski był pewien - wiedzy. Wie­dza i wykształcenie stoi otworem przed każdym. Jasne, że innym jest łatwiej, tym wszystkim Popielskim i im podobnym. I to nie jest sprawiedliwe. Ale z drugiej strony, on też mógł się uczyć, choć z większym wysił­kiem, bo przecież musiał zarobić na siebie i pomóc rodzicom.

Po pracy zachodził więc do biblioteki gromadz­kiej i wypożyczał książki. Biblioteka gromadzka była źle zaopatrzona. Brakowało encyklopedii, słowników. Półki wypełniały jakieś Córki królów, Bez posagu - książki dla bab. W domu wypożyczone książki chował w pościeli przed siostrami. Nie lubił, kiedy dotykały jego rzeczy.

Wszystkie trzy siostry były duże, masywne i to­porne. Ich głowy wydawały się małe. Miały niskie czoła i gęste jasne włosy. Jak słoma. Najładniejsza z nich była Stasia. Gdy się uśmiechała, błyskały w ogorzałej twarzy białe zęby. Trochę szpeciły ją niezgrabne, kacze nogi. Średnia, Tosia, była już zaręczona z gospodarzem z Kotuszowa, a Zosia, wielka i silna, lada dzień miała wyjechać na służbę do samych Kielc. Paweł cieszył się, że odejdą z domu, choć swojego domu nie lubił, tak samo jak swoich sióstr.

Nienawidził brudu, który wciskał się w szczeliny starej drewnianej chałupy, w podłogi, pod paznokcie. Nienawidził smrodu krowiego gnoju, którym przesiąkało ubranie, kiedy weszło się do obory. Nienawidził zapachu parowanych ziemniaków dla świń - przenikał on cały dom, każdą rzecz w domu, włosy i skórę. Nienawidził chamskiej gwary, którą mówili rodzice i która pchała się czasem na język jemu samemu. Nienawidził płótna, surowego drewna, drewnianych łyżek, odpustowych świętych obrazów, grubych nóg sióstr. Czasem potrafił tę nienawiść zebrać gdzieś w okolicy szczęk i wtedy czuł w sobie wielką siłę. Wiedział, że będzie miał wszystko, czego zapragnie, że będzie parł do przodu i nikt nie potrafi go zatrzymać.


Czas Gry


Labirynt narysowany na płótnie składał się z oś­miu kręgów czy sfer, zwanych Światami. Im bliżej środ­ka, tym bardziej labirynt wydawał się gęsty, tym więcej w nim było ślepych zaułków i uliczek prowadzących donikąd. I odwrotnie - sfery zewnętrzne sprawiały wra­żenie jaśniejszych, przestronniejszych, a ścieżki labiryn­tu zdawały się tu szersze i mniej chaotyczne - jakby zapraszały do wędrówek. Sfera stanowiąca centrum la­biryntu - ta najciemniejsza i najbardziej poplątana -nazywała się Światem Pierwszym. Czyjaś niewprawna ręka zrobiła przy tym świecie strzałkę kopiowym ołów­kiem i napisała: „Prawiek". „Dlaczego Prawiek? - dziwił się dziedzic Popielski. - Dlaczego nie Kotuszów, Jesz-kotle, Kielce, Kraków, Paryż czy Londyn?" Skompliko­wany system dróżek, krzyżówek, rozwidleń i pól pro­wadził pokrętnie ku jedynemu przejściu do następnej kolistej strefy, zwanej Światem Drugim. W porównaniu z gąszczem centrum tutaj było trochę przestronniej. Dwa wyjścia prowadziły do Świata Trzeciego i dziedzic Popielski szybko zrozumiał, że w każdym Świecie bę­dzie dwa razy więcej wyjść niż w poprzednim. Końcem wiecznego pióra dokładnie policzył wszystkie wyjścia z ostatniej sfery labiryntu. Było ich 128.

Książeczka Ignis fatum, czyli Pouczająca gra na jednego gracza była po prostu instrukcją gry napisaną po łacinie i po polsku. Dziedzic przerzucił ją strona po stronie i wszystko to wydało mu się bardzo skom­plikowane. Instrukcja opisywała po kolei każdy możliwy wynik rzutu kostką, każdy ruch, każdy pionek-figurkę i każdy z Ośmiu Światów. Opis wydawał się niespójny i pełen dygresji, aż w końcu dziedzic pomyślał, że oto ma przed sobą dzieło wariata.

„Gra jest rodzajem drogi, na której raz po raz pojawiają się jakieś wybory - brzmiały pierwsze słowa.

- Wybory dokonują się same, ale czasem gracz odnosi wrażenie, że podejmuje je świadomie. Może go to prze­razić, wtedy bowiem poczuje się odpowiedzialny za to, gdzie się znajdzie i co go spotka.

Gracz widzi swoją drogę jak pęknięcia na lodzie

- linie, które w zawrotnym tempie rozdwajają się, kręcą i zmieniają kierunek. Albo jak błyskawicę na niebie, która szuka sobie drogi przez powietrze w sposób nie­możliwy do przewidzenia. Gracz, który wierzy w Boga, powie: «wyroki boskie», «palec boży» - ta wszechmocna i potężna końcówka Stworzyciela. Jeśli zaś w Boga nie wierzy, powie: «przypadek», «zbieg okolicznością. Cza­sem gracz użyje słowa «mój wolny wybór», ale z pew­nością powie to ciszej i bez przekonania.

Gra jest mapą ucieczki. Zaczyna się w centrum la­biryntu. Jej celem jest przejście wszystkich sfer i uwol­nienie się z pęt Ośmiu Światów."

Dziedzic Popielski przerzucił skomplikowany opis pionków i strategii rozpoczęcia Gry, aż doszedł do cha­rakterystyki Pierwszego Świata. Przeczytał:

„Na początku nie było żadnego Boga. Nie było ani czasu, ani przestrzeni. Było tylko światło i ciemność. I to było doskonałe."

Miał poczucie, że zna skądś te słowa.

„Światło poruszyło się w sobie i rozbłysło. Słup światła wdarł się w ciemność i znalazł tam nierucho­mą od zawsze materię. Uderzył w nią z całą siłą, aż obudził w niej Boga. Bóg jeszcze nieprzytomny, jeszcze niepewny, czym jest, rozejrzał się wokół, a ponieważ nikogo poza sobą nie ujrzał, uznał, że jest Bogiem. I sam dla siebie nie nazwany, sam dla siebie niepojęty, zapragnął się poznać. Kiedy po raz pierwszy przyjrzał się sobie, padło Słowo - Bogu wydało się, że poznanie jest nazywaniem.

Oto turla się Słowo z ust Boga i rozbija na ty­siąc części, które stają się nasionami Światów. Od tej chwili Światy rosną, a Bóg odbija się w nich jak w lus­trze. Badając zaś swoje odbicie w Światach, widzi siebie coraz więcej, coraz lepiej siebie poznaje, i to poznanie wzbogaca go, a więc wzbogaca i Światy.

Bóg poznaje siebie poprzez przepływ czasu, bo tylko to, co nieuchwytne i zmienne, jest najbardziej podobne Bogu. Poznaje się poprzez skały, które gorące wynurzają się z morza, poprzez zakochane w słońcu rośliny, przez pokolenia zwierząt. Kiedy pojawia się człowiek. Bóg doznaje olśnienia, po raz pierwszy umie nazwać w sobie kruchą linię nocy i dnia, tę subtelną granicę, od której jasne zaczyna być ciemnym, a ciemne - jasnym. Odtąd przygląda się sobie oczami ludzi. Wi­dzi tysiące swoich twarzy i przymierza je niczym maski, i - jak aktor - na chwilę staje się maską. Modląc się ustami ludzi sam do siebie, odkrywa w sobie sprzecz­ność, w lustrze bowiem odbicie bywa realne, a realność przechodzi w odbicie.

«Kim jestem? - pyta Bóg - Bogiem czy człowie­kiem, czy może jednym i drugim razem albo żadnym z nich? Czy to ja stworzyłem ludzi, czy oni mnie?»

Kusi go człowiek, więc skrada się do łoża ko­chanków i odnajduje tam miłość. Skrada się do łóżek starców i znajduje tam przemijanie. Skrada się do łóżek umierających i znajduje tam śmierć."

„Dlaczego nie miałbym spróbować?" - pomyślał dziedzic Popielski. Wrócił na sam początek książki i rozstawił przed sobą mosiężne figurki.

Czas Misi

Misia zauważyła, że ten wysoki jasnowłosy chło­pak od Boskich przygląda jej się w kościele. Potem, gdy wychodziła po mszy, stal na dworze, żeby znów patrzeć na nią i patrzeć. Misia czuła jego wzrok jak niewygodne ubranie. Bała się poruszyć swobodnie, głę­biej odetchnąć. Krępował ją.

Tak było całą zimę, od pasterki do Wielkanocy. Kiedy zaczęło się robić cieplej, Misia co tydzień przy­chodziła do kościoła lżej ubrana i jeszcze mocniej czuła na sobie wzrok Pawła Boskiego. W Boże Ciało ten wzrok dotknął jej nagiego karku i odsłoniętych ramion. Misia poczuła, że jest bardzo miękki i przyjemny, jak kocie pieszczoty, jak piórka, jak puch mleczów.

Tej niedzieli Paweł Boski podszedł do Misi i za­pytał, czy może odprowadzić ją do domu. Zgodziła się.

Mówił przez całą drogę, a to, co mówił, zadzi­wiało ją. Powiedział, że jest maleńka jak luksusowy szwajcarski zegarek. Misia nigdy przedtem nie myślała, że jest maleńka. Powiedział, że jej włosy mają kolor najdroższej odmiany złota. Misia zawsze sądziła, że ma brązowe włosy. Powiedział też, że jej skóra pachnie wanilią. Misia nie śmiała się przyznać, że piekła ciasto.

Wszystko w słowach Pawła Boskiego odkrywało Misie na nowo. Przychodziła potem do domu i nie mogła się wziąć do żadnej pracy. Myślała jednak nie o Pawle, lecz o sobie: Jestem ładną dziewczyną. Mam małe stopy, jak Chinka. Mam piękne włosy. Uśmiecham się bardzo kobieco. Pachnę wanilią. Można tęsknić za tym, żeby mnie zobaczyć. Jestem kobietą."

Przed wakacjami Misia powiedziała ojcu, że nie będzie już chodzić do seminarium nauczycielskiego w Taszowie, że nie ma głowy do rachunków i kaligrafii. Wciąż jeszcze przyjaźniła się z Rachelą Szenbert, lecz teraz ich rozmowy były inne. Chodziły razem Gościńcem do lasu. Rachela namawiała Misie, żeby nie rzucała szko­ły. Obiecała jej pomóc w arytmetyce. A Misia opowia­dała Racheli o Pawle Boskim. Rachela słuchała, jak to przyjaciółka, ale była innego zdania.

- Ja wyjdę za lekarza albo kogoś takiego. Nie będą miała więcej niż dwoje dzieci, żeby nie popsuć sobie figury.

- Ja będę miała tylko córkę.

- Misiu, dotrwaj do matury.

- Chcę wyjść za mąż.

Tą samą drogą Misia chodziła na spacery z Paw­łem. Pod lasem brali się za ręce. Dłoń Pawła była duża i gorąca, Misi - maleńka i zimna. Skręcali z Gościńca w którąś z leśnych dróg i wówczas Paweł zatrzymywał się, i tą dużą mocną dłonią przygarniał Misie do siebie. Pachniał mydłem i słońcem. Misia robiła się wtedy jakaś słaba, uległa, wiotka. Mężczyzna w białej, krochmalonej koszuli wydawał jej się ogromny. Sięgała mu ledwie do piersi. Przestawała myśleć. To było niebezpieczne. Przy­tomniała, gdy jej piersi były już nagie, a usta Pawła wędrowały po jej brzuchu.

- Nie - mówiła.

- Musisz wyjść za mnie.

- Wiem.

- Poproszę o twoją rękę.

- Dobrze.

- Kiedy?

- Niedługo.

- Zgodzi się? Czy twój ojciec się zgodzi?

- Nie ma nic do zgadzania się. Chcę za ciebie wyjść i już.

- Ale...

- Kocham cię.

Misia poprawiała włosy i wracali na Gościniec, jakby nigdy z niego nie schodzili.

Czas Michała

Michałowi nie podobał się Paweł. Może i był przystojny, ale to wszystko. Kiedy Michał patrzył na jego barczyste ramiona, mocne nogi w bryczesach i lśniące oficerki, czuł się boleśnie stary i skurczony jak wyschłe jabłko.

Paweł przychodził do nich teraz bardzo często. Siadał przy stole i zakładał nogę na nogę. Suka Lalka obwąchiwała z podkurczonym ogonem jego wyglansowane oficerki z cholewkami z psiej skóry. Opowiadał o interesach, które robią razem z Kozienickim na drze­wie, o szkole dla felczerów, do której się zapisał, o swoich wielkich planach na przyszłość. Patrzył na Ge­nowefę i cały czas się uśmiechał. Można było dokładnie przyjrzeć się jego równym, białym zębom. Genowefa była zachwycona. Paweł przynosił jej drobne prezenty. Z rumieńcami na twarzy wkładała kwiaty do wazonu, szeleściła celofanem bombonierek.

,Jakie naiwne są kobiety" - myślał Michał.

Miał wrażenie, że jego Misia została, niby rzecz, wpisana w życiowe, ambitne plany Pawła Boskiego. Z całkowitym wyrachowaniem: przez to, że była jedyną córką, praktycznie jedynaczką, bo przecież Izydor się nie liczył. Że będzie miała piękny posag, że jest z za­możniejszej rodziny, że jest taka inna, elegancka, pięk­nie ubrana, delikatna.

Michał niby mimochodem wspominał czasem przy żonie i córce o starym Boskim, który w życiu po­wiedział może sto, może dwieście słów i cały swój czas przesiedział na dachu pałacu, o siostrach Pawła

- niewydarzonych i nieładnych.

- Stary Boski to porządny człowiek - mówiła Genowefa.

- Cóż, nie odpowiada się za swoje rodzeństwo

- dodawała Misia i patrzyła znacząco na Izydora. -W każdej rodzinie jest ktoś taki.

Michał udawał, że czyta gazetę, kiedy jego wy­strojona córka szła w niedzielę po południu na tań­ce z Pawłem. Mizdrzyła się przed lustrem z godzinę. Widział, jak pociąga brwi ciemnym ołówkiem matki i ukradkiem delikatnie maluje usta. Widział, jak stojąc bokiem przed lustrem sprawdza efekt stanika, jak skrapia się za uchem swoimi pierwszymi fiołkowymi perfu­mami, które wyprosiła na siedemnaste urodziny. Nie odzywał się, gdy Genowefa z Izydorem wyglądali za nią przez okno.

- Paweł wspomniał mi o małżeństwie. Powie­dział, że chciałby się już oświadczyć - powiedziała któ­rejś takiej niedzieli Genowefa.

Michał nawet nie chciał jej do końca wysłuchać.

- Nie. Jest jeszcze za młoda. Oddajmy ją do Kielc, do lepszej szkoły niż ta w Taszowie.

- Ona wcale nie chce się uczyć. Ona chce wyjść za mąż. Czy ty tego nie widzisz?

Michał kręcił głową.

- Nie, nie, nie. Jeszcze za wcześnie. Po co jej chłop i dzieci, niech użyje życia... Gdzie będą mieszkać? Gdzie Paweł będzie pracował? Przecież on też chodzi do szkół. Nie, trzeba jeszcze czekać.

- Na co czekać? Aż trzeba będzie brać ślub w pośpiechu, na gwałt?

Wtedy Michał wymyślił dom. Że zbuduje córce duży, wygodny dom na dobrej ziemi. Że obsadzi go sadem, zaopatrzy w piwnice i ogród. Taki dom, żeby Misia nie musiała odchodzić, żeby mogli tam mieszkać wszyscy razem. Będzie w nim wystarczająco dużo pokoi dla wszystkich, a ich okna będą wychodzić na cztery strony świata. I będzie to dom na podmurówce z pias­kowca i o ścianach z prawdziwej cegły, którą ociepli się z zewnątrz najlepszym drewnem. I będzie miał par­ter i piętro, i strych, i piwnice, i oszklony ganek, i balkon dla Misi, żeby sobie z niego w Boże Ciało oglądała procesję sunącą po polach. W tym domu Misia będzie mogła mieć dużo dzieci. Będzie tam też służbówka, bo Misia powinna mieć służbę.

Następnego dnia zjadł obiad wcześniej i obcho­dził Prawiek w poszukiwaniu miejsca na dom. Myślał o Górce. Myślał o błoniach nad Białka. Całą drogę kal­kulował, że budowa takiego domu potrawa co najmniej trzy lata i o ten czas opóźni małżeństwo Misi.


Czas Florentynki


W Wielką Sobotę Florentynka wybrała się z jed­nym ze swoich psów do kościoła, żeby poświęcić je­dzenie. Włożyła do koszyka słoik mleka, które żywiło ją i jej psów, bo tylko to miała w domu. Przykryła słoik świeżymi liśćmi chrzanu i barwinkiem.

W Jeszkotlach koszyki ze święconką stawia się na bocznym ołtarzu Matki Boskiej Jeszkotlowskiej. To kobieta powinna zajmować się jedzeniem - zarówno jego przyrządzaniem, jak i błogosławieniem. Bóg-mężczyzna ma ważniejsze sprawy na głowie: wojny, katak­lizmy, podboje, dalekie wyprawy... Kobiety zajmują się jedzeniem.

Ludzie nieśli więc koszyki pod boczny ołtarz Matki Boskiej Jeszkotlowskiej i czekali w ławkach na księdza z kropidłem. Każdy siedział z dala od drugiego i w milczeniu, bo kościół w Wielką Sobotę jest ciemny i głuchy jak jaskinia, jak betonowy schron przeciwlot­niczy, jak grobowiec zamordowanego Syna Bożego.

Florentynka podeszła do bocznego ołtarza ze swoim psem, który miał na imię Kozioł. Postawiła swój koszyk między innymi koszykami. W innych była kieł­basa, ciasto, chrzan ze śmietaną, kolorowe pisanki i bia­ły, pięknie wypieczony chleb. Ach, jaka głodna była Florentynka, jaki głodny był jej pies.

Florentynka spojrzała w obraz Matki Boskiej Jeszkotlowskiej i zobaczyła na jej gładkiej twarzy uśmiech. Kozioł obwąchał czyjś koszyk i wyciągnął z niego kawa­łek kiełbasy.

- Tak sobie tu wisisz, dobra Pani, i uśmiechasz się, a psy ci dary wyjadają - powiedziała Florentynka półgłosem. - Czasem trudno jest człowiekowi zrozumieć psa. Ty, dobra Pani, pewnie na równi rozumiesz zwierzę i człowieka. Pewnie znasz nawet myśli księżyca...

Florentynka westchnęła.

- Idę pomodlić się do twojego męża, a ty po­pilnuj mi psa.

Przywiązała psa do barierki przed cudownym obrazem, między koszami, na które narzucono niciane serwetki.

- Zaraz wrócę.

Znalazła sobie miejsce w pierwszym rzędzie mię­dzy wystrojonymi kobietami z Jeszkotli. Odsunęły się od niej nieznacznie i spojrzały po sobie porozumie­wawczo.

Tymczasem do bocznego ołtarza Matki Boskiej Jeszkotlowskiej podszedł zakrystian, który miał pilnować porządku w kościele. Najpierw zauważył jakiś ruch, lecz jego oczy długo nie mogły zebrać do kupy tego, co ujrzały. Kiedy zrozumiał, że to ten wielki ohydny i sparszywiały pies buszował przed chwilą po koszykach ze święconką, zachwiał się z oburzenia, a twarz nabiegła mu krwią. Wstrząśnięty tym świętokradztwem, rzucił się, żeby wygnać bezczelne zwierzę. Chwycił sznurek i drżącymi ze zgrozy rękami rozplątywał węzeł. I wtedy od obrazu dobiegł go cichy kobiecy glos:

- Zostaw tego psa! Pilnuję go Florentynce z Pra­wieku.


Czas domu


Fundamenty wykopano w idealny kwadrat. Jego boki odpowiadały czterem stronom świata.

Michał, Paweł Boski i robotnicy wznosili ściany najpierw z kamienia - to była podmurówka - a potem z drewnianych bali.

Gdy zamknęli sklepienia piwnic, zaczęli mówić o tym miejscu „dom", lecz dopiero gdy zbudowali dach i uwieńczyli go wiechą, stał się domem na dobre. Dom bowiem zaczyna być wtedy, gdy jego ściany zamkną w sobie kawał przestrzeni. To ta zamknięta przestrzeń jest duszą domu.

Budowali dom dwa lata. Wiechę na dachu za­tknęli latem trzydziestego szóstego roku. Przed domem zrobili sobie zdjęcie.

Dom miał piwnice. W jednej znajdowały się dwa okna i ta miała być sutereną i letnią kuchnią zarazem. W następnej było jedno okno - przeznaczyli ją na ko­mórkę, pralnię i do przechowywania ziemniaków. W trzeciej nie było okien wcale - tu miał być schowek na wszelki wypadek. Michał pod tą trzecią kazał wy­kopać jeszcze jedną, czwartą piwniczkę, małą i zimną - na lód i na nie wiadomo co.

Parter był wysoki, na podmurówce z kamienia. Wchodziło się na ten parter po schodach z drewnianą balustradą. Były dwa wejścia. Jedno od drogi, przez ganek wprost do dużego przedpokoju, z którego szło się do pokojów. Drugie wejście prowadziło przez sień do kuchni. Kuchnia miała wielkie okno, a pod przeciw­ległą ścianą stał piec kuchenny z niebieskich kafli, które w Taszowie wybierała Misia. Piec wykończono mosięż­nymi okuciami i wieszakami. W kuchni było troje drzwi: do największego pokoju, pod schody i do po­koiku. Parter był kręgiem pomieszczeń. Gdyby pootwie­rać wszystkie drzwi, można by chodzić w kółko.

Z przedpokoju schody prowadziły na piętro, gdzie następne cztery pokoje czekały na wykończenie.

Nad tym wszystkim była jeszcze jedna kondyg­nacja - strych. Szło się tam po drewnianych, wąskich schodach. Strych zafascynował małego Izydora, ponie­waż miał okna na cztery strony świata.

Dom z zewnątrz obity był deskami ułożonymi jak rybie łuski. To był pomysł starego Boskiego. Stary Boski położył też dach, tak samo piękny jak dach pa­łacu. Przed domem rósł bez. Rósł tu wtedy, gdy domu jeszcze nie było. Teraz odbijał się w szybach okien. Pod bzem postawiono ławeczkę. Pod bzem przystawali ludzie z Prawieku i podziwiali dom. Nikt w okolicy nie postawił tak pięknego domu. Przyjechał konno także dziedzic Popielski i poklepał Pawła Boskiego po ple­cach. Paweł zaprosił go na wesele.

W niedzielę Michał pojechał po księdza probosz­cza, żeby poświęcił dom. Ksiądz stanął na ganku i ro­zejrzał się z uznaniem.

- Piękny dom zbudowałeś córce - powiedział do Michała.

Paweł wzruszył ramionami.

W końcu zaczęto znosić meble. Większość z nich zrobił stary Boski, ale były i takie, które przy­wieziono furmanką z Kielc. Na przykład wielki stojący zegar, kredens pokojowy i okrągły dębowy stół z rzeź­bionymi nogami.

Misi smutniały oczy, kiedy patrzyła na otoczenie domu. Płaska, szara ziemia pokryta suchą trawą, jaka rośnie na ugorach. Dlatego Michał nakupił dla Misi drzew. I w ciągu jednego dnia urządził wokół domu coś, co kiedyś będzie sadem. Jabłonie, grusze, śliwy i włoskie orzechy. W samym środku tego sadu posadził bliźniacze kosztele, drzewo rodzące owoce, które sku­siły Ewę.


Czas Papugowej


Stasia Boska została sama z ojcem po śmierci matki i po tym, jak siostry wyszły za mąż, a Paweł ożenił się z Misia.

Ciężko żyło się ze starym Boskim. Był zawsze niezadowolony i porywczy. Bywało, że przyłożył jej czymś ciężkim, gdy spóźniła się z obiadem. Stasia szła wtedy w porzeczki, kucała między krzewami i płakała.

Starała się płakać cicho, żeby jeszcze bardziej nie ro­zeźlić ojca.

Kiedy Boski dowiedział się od syna, że Michał Niebieski kupił grunt pod budowę domu dla córki, nie mógł usnąć. Kilka dni potem wygrzebał wszystkie swoje oszczędności i też kupił ziemię - tuż przy Michałowej. Postanowił zbudować tam dom dla Stasi. Długo nad tym myślał, siedząc na dachu pałacu. „Dlaczego Michał Niebieski może postawić dom córce, a ja, Boski, nie mogę? - rozważał. - Dlaczego i ja nie mógłbym wy­budować domu?"

I Boski zaczął budować dom.

Wyznaczył kijem na ziemi prostokąt, a następ­nego dnia zaczął kopać fundamenty. Dziedzic Popielski dał mu urlop. Był to pierwszy urlop w życiu Boskiego. Potem Boski znosił z okolicy wielkie i mniejsze kamie­nie, białe kawałki wapiennych skał, które układał równo w wykopanych dołach. Trwało to miesiąc. Do Boskie­go przychodził Paweł i lamentował nad wykopanymi dołami.

- Co tata robi? Skąd tata weźmie pieniądze? Niechże się tata nie ośmiesza i nie buduje mi pod nosem jakiegoś kurnika.

- Już ci się w głowie przewróciło? Buduję twojej siostrze dom.

Paweł wiedział, że nie istnieje żaden sposób, żeby przekonać ojca, i w końcu przywiózł mu furmanką deski.

Teraz domy rosły prawie równolegle, jeden był duży i kształtny, o wielkich oknach i przestronnych po­kojach. Drugi mały, przyparty do ziemi, zgarbiony, z malutkimi oknami. Jeden stał na otwartej przestrzeni, na tle lasu i Rzeki. Drugi - wciśnięty w klin między Gościńcem a wolską drogą, ukryty w porzeczkach i dzi­kim bzie.

Gdy Boski zajęty był budowaniem domu, Stasia miała więcej spokoju. Do południa musiała nakarmić zwierzęta, a potem brała się do gotowania obiadu. Naj­pierw szła na pole i z piaszczystej ziemi wykopywała ziemniaki. Marzyła, że może znajdzie skarb pod krza­kami, zawinięte w szmatkę klejnoty albo puszkę z do­larami. Kiedy później obierała drobne ziemniaki, wyob­rażała sobie, że jest znachorką, a ziemniaki to chorzy ludzie, którzy do niej przychodzą, ona zaś ściąga z nich choroby i czyści ich ciała z wszelkiego paskudztwa. Po­tem wrzucała obrane ziemniaki do wrzątku i wyobra­żała sobie, że warzy eliksir piękności, a gdy go sama wypije, jej życie zmieni się raz na zawsze. Zobaczy ją na Gościńcu jakiś lekarz albo mecenas z Kielc, obsypie prezentami i pokocha jak księżniczkę.

Dlatego gotowanie obiadu trwało tak długo.

Wyobrażanie sobie jest w gruncie rzeczy stwa­rzaniem, jest mostem pojednania między materią a du­chem. Zwłaszcza gdy robi się to często i intensywnie. Wtedy obraz przekształca się w kroplę materii i włącza do przepływów życia. Czasem po drodze coś się w nim zniekształca i zmienia. Wszystkie ludzkie pragnienia za­tem, jeżeli są wystarczająco silne, spełniają się. Nie zawsze jednak do końca tak, jak się tego oczekiwało.

Raz, kiedy Stasia wylewała przed dom brudną wodę, zobaczyła obcego mężczyznę. I było zupełnie tak, jak w jej marzeniach. Podszedł do niej i zapytał o drogę kielecką, a ona odpowiedziała. Kilka godzin potem wracał i znów spotkał Stasię, tym razem z no-sidłami na ramionach, pomógł jej i porozmawiali dłużej. Nie był wprawdzie mecenasem ani lekarzem, lecz ro­botnikiem pocztowym, który pracował przy zakładaniu linii telefonicznej z Kielc do Taszowa. Stasi wydał się wesoły i pewny siebie. Umówił się z nią na spacer w środę, a na zabawę w sobotę. I było zadziwiające, że spodobał się staremu Boskiemu. Przybysz nazywał się Papuga.

Od tego dnia życie Stasi zaczęło toczyć się ina­czej. Stasia rozkwitła. Bywała w Jeszkotlach i robiła za­kupy u Szenbertów, a wszyscy widzieli, jak Papuga wo­ził ją bryczką. Jesienią trzydziestego siódmego roku Sta­sia zaszła w ciążę i na Boże Narodzenie wzięli ślub. Została Papugową. Skromne przyjęcie weselne odbyło się w jedynej izbie świeżo ukończonego domku. Na drugi dzień stary Boski postawił w poprzek izby drew­nianą ścianę i w ten sposób przedzielił dom na pół.

Latem Stasia urodziła syna. Linia telefoniczna znalazła się już daleko poza granicami Prawieku. Papuga zjawiał się tylko na niedziele, był zmęczony i wymaga­jący. Denerwowały go czułości żony i złościł się, że tak długo trzeba czekać na obiad. Potem przyjeżdżał tylko w co drugą niedzielę, a na Wszystkich Świętych nie pojawił się w ogóle. Mówił, że musiał odwiedzić groby rodziców, i Stasia mu wierzyła.

Kiedy czekając na niego z wigilijną kolacją, zo­baczyła swoje odbicie w szybie, którą noc zamieniła w lustro, zrozumiała, że Papuga odszedł na zawsze.


Czas anioła Misi


Kiedy Misia rodziła swoje pierwsze dziecko, anioł pokazał jej Jerozolimę.

Misia leżała na łóżku w sypialni w białej poście­li, w zapachu wyszorowanych ługiem podłóg, oddzielo­na od słońca rypsowymi zasłonami w lilie. Był lekarz z Jeszkotli i pielęgniarka, i Genowefa, i Paweł, który wciąż sterylizował wszelkie narzędzia, i anioł, którego nikt nie mógł zobaczyć.

Misi mieszało się wszystko w głowie. Była zmę­czona. Bóle przychodziły nagle i nie potrafiła dać sobie z nimi rady. Zapadała w sen, półsen, marzenia na ja­wie. Zdawało jej się, że jest maleńka jak ziarnko kawy i wpada w lej młynka ogromnego niczym pałac. Spada w czarną czeluść i dostaje się w tryby mielącej maszy­ny. Boli. Jej ciało zamienia się w pył.

Anioł widział myśli Misi i współczuł jej ciału, choć nie rozumiał, na czym naprawdę polega ból. Zabrał więc duszę Misi na jedną chwilę zupełnie gdzie indziej. Pokazał jej Jerozolimę.

Misia zobaczyła ogromne połacie płowej pustyni, które falowały, jakby były w ruchu. W tym morzu pias­ku, w łagodnym obniżeniu, leżało miasto. Było okrągłe. Otaczały je mury, w których umieszczono cztery bramy. Pierwsza brama była Mleczna, druga Miodowa, trzecia Winna, a czwarta - Oliwna. Z każdej bramy prowadziła do środka jedna droga. Pierwszą gnano woły, drugą prowadzono lwy, trzecią niesiono sokoły, a czwartą szli ludzie. Misia znalazła się w środku miasta, gdzie na wybrukowanym ryneczku stał dom Zbawiciela. Stanęła przed jego drzwiami.

Ktoś zapukał od wewnątrz i zdziwiona Misia za­pytała: „Kto tam?" „To ja" - odpowiedział głos. „Wyjdź" - odrzekła. Wtedy wyszedł do niej Pan Jezus i przytulił ją do piersi. Misia poczuła zapach płótna, w które był ubrany. Wtuliła się w lnianą koszulę i czuła, jak bardzo jest kochana. Kochał ją Pan Jezus i cały świat.

Lecz tu anioł Misi, który bezustannie baczył na wszystko, zabrał ją z ramion Pana Jezusa i rzucił z powrotem w rodzące ciało. Misia westchnęła i uro­dziła syna.

Czas Kioski

W czasie pierwszej jesiennej pełni Kłoska wyko­pywała korzenie ziół - mydlnicy, żywokostu, kolendry, cykorii i prawoślazu. Wiele z nich rosło nad stawami w Prawieku. Kłoska brała więc córkę i obie szły nocą przez las i wieś.

Kiedyś, gdy mijały Chrabąszczową Górkę, zoba­czyły zgarbioną kobiecą postać w otoczeniu psów. Sreb­rna poświata księżyca bieliła im wszystkim czubki głów.

Kłoska ruszyła w stronę kobiety, pociągając za sobą Rutę, Podeszły do staruszki. Psy powarkiwały nie­spokojnie.

- Florentynko - odezwała się cicho Kłoska.

Kobieta odwróciła do nich twarz. Oczy miała wyblakłe, jakby wypłukane. Jej twarz przypominała zwiędłe jabłko. Na chudych plecach leżał cienki siwy warkoczyk.

Usiadły na ziemi obok staruszki. Patrzyły, jak ona, w wielką, okrągłą i zadowoloną z siebie gębę księżyca.

- Zabrał mi dzieci, omamił chłopa, a teraz mnie pomieszał zmysły - poskarżyła się Florentynka.

Kłoska westchnęła ciężko i popatrzyła w twarz księżycowi.

Jeden z psów nagle zawył.

- Miałam sen - odezwała się Kłoska. - Do moich okien zapukał księżyc i powiedział: „Nie masz matki, Kłosko, a twoja córka nie ma babki, czy tak?" „Tak" -odpowiedziałam. A on na to: Jest we wsi dobra sa­motna kobieta, którą kiedyś skrzywdziłem, już nawet nie wiem dlaczego. Ona nie ma dzieci ani wnuków. Idź do niej i powiedz jej, żeby mi wybaczyła. Jestem już stary i mam słaby umysł." Tak powiedział. I dodał jeszcze: „Znajdziesz ją na Górce. Tam mnie przeklina, gdy co miesiąc ukazuję się światu w całej mojej po­staci." Zapytałam go wtedy: „Dlaczego chcesz, żeby ci przebaczyła? Po co ci przebaczenie jakiegoś człowieka?" A on odrzekł na to: „Bo ludzkie cierpienia żłobią ciem­ne zmarszczki na mojej twarzy. Kiedyś zgasnę od ludz­kiego bólu." Tak mi powiedział, więc tu przyszłam.

Florentynka przenikliwie spojrzała w oczy Kioski.

- Czy to prawda?

- Prawda. Szczera prawda.

- Chciał, żebym mu przebaczyła? -Tak.

- I żebyś ty stała się moją córką, a ona wnuczką?

- Tak mi powiedział.

Florentynka podniosła twarz ku niebu i w jej bladych oczach coś błysnęło,

- Babuniu, jak ten duży pies się nazywa? -zapytała mała Ruta.

Florentynka zamrugała.

- Kozioł.

- Kozioł?

- Tak. Pogłaszcz go.

Ruta ostrożnie wyciągnęła rękę i położyła ją na głowie psa.

- To mój kuzyn. Jest bardzo mądry - powiedziała Florentynka i Kłoska zobaczyła, że po jej pomarszczo­nych policzkach płyną łzy.

- Księżyc to tylko maska słońca. Wkłada ją, kiedy wychodzi nocą pilnować świata. Księżyc ma krótką pa­mięć, nie pamięta, co było miesiąc temu. Wszystko mu się plącze. Przebacz mu, Florentynko.

Florentynka westchnęła głęboko.

- Przebaczam mu. I on, i ja jesteśmy starzy, po co mamy się kłócić - powiedziała cicho. - Przebaczam ci, ty stary durniu! - krzyknęła w niebo.

Kłoska zaśmiała się i śmiała się coraz głośniej, aż zbudzeni ze snu psowie zerwali się na nogi. Zaśmiała się i Florentynka. Wstała i podniosła rozłożone ręce do nieba.

- Przebaczam ci, księżycu. Przebaczam ci całe zło, jakie mi wyrządziłeś! - zawołała mocnym, przenik­liwym głosem.

Nagle, ni stąd, ni zowąd, znad Czarnej zerwał się wietrzyk i rozwiał siwe kosmyki staruszki. W jednym z domów zapaliło się światło i jakiś męski głos zawołał:

- Cicho, kobieto! Chcemy spać.

- A śpijcie sobie, śpijcie do śmierci! - odkrzyk­nęła mu Kłoska przez ramię. - Po co się było rodzić, żeby teraz spać?


Czas Ruty


- Nie chodź do wsi, bo narobisz sobie kłopotu - mówiła Kłoska do córki. - Czasem myślę, że oni tam wszyscy są pijani - tacy ociężali i powolni. Ożywiają się tylko wtedy, gdy dzieje się coś złego.

Ale Rutę ciągnęło do Prawieku. Był tam młyn i młynarz z młynarzową, byli biedni parobcy, był Che­rubin, który rwał obcęgami zęby. Biegały dzieci takie same jak ona. Przynajmniej tak wyglądały. I były domy z zielonymi okiennicami, i suszyła się na płotach biała bielizna, która była najbielszą rzeczą w świecie Ruty.

Kiedy szły z matką przez wieś, Ruta czuła, że wszyscy im się przyglądają. Kobiety przysłaniały od słoń­ca oczy, a mężczyźni ukradkiem spluwali. Matka nie zwracała na to uwagi, ale Ruta bała się tych spojrzeń. Starała się iść jak najbliżej matki i ściskała mocno jej dużą dłoń.

Wieczorami, latem, kiedy źli ludzie siedzieli już w domach i zajmowali się swoimi sprawami, Ruta lubiła podejść pod wieś i patrzeć na szare bryły chałup i jasny dym z kominów. Potem, gdy trochę podrosła, ośmieli­ła się na tyle, że podchodziła cicho pod same okna i zaglądała do wnętrza. U Serafinów zawsze były małe dzieci, które raczkowały po deskach podłogi. Ruta mogła oglądać je godzinami, patrzeć, jak zatrzymują się nad kawałkiem drewna, smakują je językiem i ob­racają w pulchnych łapkach. Jak wkładają do buzi różne przedmioty i ssą je, jakby to był cukier, albo włażą pod stół i w zadziwieniu długo oglądają drewniane sto­łowe niebo.

W końcu ludzie kładli swoje dzieci spać i wtedy Ruta przyglądała się rzeczom, które gromadzili: naczy­niom, garnkom, sztućcom, firankom, świętym obrazom, zegarom, makatkom, kwiatom w doniczkach, ramkom ze zdjęciami, wzorzystym ceratom na stołach, kapom na łóżkach, koszykom, tym wszystkim drobnym przed­miotom, które sprawiają, że ludzkie domy stają się niepowtarzalne. Znała wszystkie przedmioty we wsi i wiedziała, do kogo należą. Siateczkowe, białe firanki miała tylko Florentynka. U Malaków był komplet niklo­wych sztućców. Młoda Cherubinowa robiła piękne po­duszki szydełkiem. U Serafinów wisiał ogromny obraz Jezusa nauczającego z łodzi. Zielone kapy w róże mieli tylko Boscy, a potem, kiedy ich dom pod samym lasem był prawie gotowy, zaczęli zwozić do niego prawdziwe skarby.

Ruta upodobała sobie ten dom. Był największy i najpiękniejszy. Miał spadzisty dach z piorunochronem i okna w dachu, miał prawdziwy balkon i oszklony ga­nek, było też drugie kuchenne wejście. Ruta urządziła sobie siedzisko w wielkim bzie, skąd wieczorami ob­serwowała dom Boskich. Widziała, jak rozkładano nowy, miękki dywan w największym pokoju, cudny niby poszycie jesiennego lasu. Siedziała w bzie, kiedy wnoszo­no wielki stojący zegar, którego serce dyndało w jedną i drugą stronę, odmierzając czas. Zegar zatem musiał być żywą istotą, skoro poruszał się sam z siebie. Wi­działa zabawki małego chłopczyka, pierwszego synka Misi, a potem kołyskę, którą kupiono dla następnego dziecka.

I dopiero kiedy poznała każdą rzecz, każdy naj­mniejszy przedmiot w nowym domu Boskich, zwróciła uwagę na chłopca w jej wieku. Bez był za niski i nie mogła widzieć, co robił chłopiec w swoim pokoju na strychu. Wiedziała, że to Izydor i że nie jest taki jak inne dzieci. Nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Miał dużą głowę i nie domknięte usta, z których sączyła się na brodę ślina. Był wysoki i chudy jak trzcina w stawie.

Któregoś wieczoru Izydor złapał siedzącą w bzie Rutę za nogę. Wyrwała mu się i uciekła. Ale po kilku dniach przyszła znowu, a on na nią czekał. Zrobiła mu miejsce obok siebie wśród gałęzi. Siedzieli tam cały wieczór i nie powiedzieli ani słowa. Izydor patrzył, jak żyje jego nowy dom. Zobaczył ludzi, którzy poruszają ustami i nie słychać tego, co mówią. Zobaczył ich cha­otyczne wędrówki z pokoju do pokoju i do kuchni, i do spiżarni. Zobaczył bezgłośny płacz Antosia.

Rucie i Izydorowi podobało się wspólne milcze­nie na drzewie.

Zaczęli się teraz spotykać codziennie. Znikali z ludzkich oczu. Wychodzili przez dziurę w płocie na pole Malaka i szli wolską drogą w stronę lasu. Ruta zrywała rośliny z pobocza drogi: chlebek świętojański, komosę, lebiodkę, szczaw. Podsuwała je pod nos Izy­dorowi, żeby powąchał.

- To można jeść. I to można jeść. To też można jeść.

Przyglądali się z drogi Czarnej - błyszczącemu pęknięciu w samym środku zielonej doliny. Potem mijali rydzowy zagajnik, ciemny, pachnący grzybami, i wcho­dzili w las.

- Nie odchodźmy za daleko - protestował na początku Izydor, ale potem całkowicie zdał się na Rutę.

W lesie zawsze było ciepło i miękko, jak w wy­łożonym aksamitem pudełku, w którym leżał medal Mi­chała. Gdziekolwiek się położyć, tam leśna podłoga za­sypana igłami ugina się lekko i tworzy idealnie dopa­sowane do ciała wgłębienie. Na górze było niebo poprzerastane czubkami sosen. Pachniało.

Ruta miała wiele pomysłów. Bawili się w cho­wanie i odnajdywanie, w udawanie drzew, w berka, w układanie z patyczków różnych figur, raz małych jak dłoń, czasem wielkich, na kawał lasu. Latem znajdowali całe polany żółte od kurek i przyglądali się statecznym grzybim rodzinom.

Ruta kochała grzyby bardziej niż rośliny i zwie­rzęta. Opowiadała, że prawdziwe królestwo grzybów jest ukryte pod ziemią, tam gdzie nigdy nie dochodzi słońce. Mówiła, że na powierzchnię ziemi wychodzą tylko grzyby skazane na śmierć albo za karę wygnane z królestwa. Tutaj giną od słońca, z ręki człowieka, podeptane przez zwierzęta. Prawdziwa podziemna grzybnia jest nieśmiertelna.

Jesienią oczy Ruty stawały się żółte i przenikliwe jak u ptaka. Ruta polowała na grzyby. Mówiła jeszcze mniej niż zwykle, Izydorowi wydawała się nieobecna. Wiedziała, w których miejscach na powierzchnię ziemi wychodzi grzybnia, gdzie wyciąga swoje macki na świat. Kiedy znalazła prawdziwka czy kozaka, kładła się przy nim na ziemi i długo go obserwowała, zanim pozwoliła zerwać. Ale najbardziej lubiła Ruta muchomory. Znała wszystkie ich ulubione polanki. Najwięcej muchomorów było w brzozowym lasku po drugiej stronie Gościńca. Tego roku, gdy boską obecność czuło się szczególnie wyraźnie w całym Prawieku, muchomory pojawiły się już na początku lipca i zarastały brzozowe polanki czer­wonymi kapeluszami. Ruta skakała między nimi, ale tak, żeby ich nie zniszczyć. Potem kładła się między nie i zaglądała im pod czerwone sukienki.

- Uważaj, są trujące - ostrzegał ją Izydor, ale Ruta śmiała się.

Pokazywała Izydorowi różne muchomory, nie tyl­ko czerwone: białe, zielonkawe albo takie, które uda­wały inne grzyby, na przykład pieczarki.

- Moja mama je zjada.

- Kłamiesz, są śmiertelnie trujące - oburzał się Izydor.

- Mojej mamie nie szkodzą. Ja też będę mogła je kiedyś jeść.

- Dobra, dobra. Uważaj na te białe. Są najgorsze.

Odwaga Ruty imponowała Izydorowi. Nie wystar­czało mu jednak oglądanie grzybów. Chciał coś o nich wiedzieć. Znalazł w książce kucharskiej Misi cały roz­dział poświęcony grzybom. Na jednej stronie były tam rysunki grzybów jadalnych, a na drugiej - niejadalnych i trujących. Następnym razem wyniósł pod swetrem książkę do lasu i pokazał rysunki Rucie. Nie wierzyła.

- Przeczytaj, co tu jest napisane - pokazała pal­cem podpis pod muchomorem.

-
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13

Падобныя:

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconW najwęższym znaczeniu cena jest sumą pieniędzy żądanych za produkt lub usługę. W szerszym znaczeniu cena jest sumą wszystkich wartości, jakie konsument

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata icon"I" firmy, które instalują urządzenia produkcji termet "P"

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconJest patronem naszej szkoły

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconUmenie, ktore sa vola Goetic, je tou inkantanciou, carodejnictvom, okuzlenim

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconKonspekt nr 24 Co to znaczy, że rodzina jest Kościołem Domowym?

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconOgień z kominka oświetlał wątle mroczne, drewniane pomieszczenie. Pod ścianą stały dwa, skromne łóżka, przykryte kocami. Na środku umieszczony był stół, na

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata icon1. Fala poprzeczna biegnąca wzdłuż sznura naprężonego siłą 1N opisana jest równaniem

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconOblasti Európskeho spoločenstva uznané ako chránené zóny vo vzťahu k škodlivým organizmom, ktoré sú uvedené pri ich názvoch

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconNa zdaňovanie cien a výhier, ktoré sa považujú za ostatné príjmy podľa § 10 zákona č. 366/1999 Z. z o daniach z príjmov V znení neskorších predpisov

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata iconFot. 80. Szkolna kompania ckm przed kopcem poległych; wśród żołnierzy, w środku, siedzą dowódca pułku ppłk Załuska, jego zastępca ppłk Siuda I kpt. Jabłoński

Размесціце кнопку на сваім сайце:
be.convdocs.org


База данных защищена авторским правом ©be.convdocs.org 2012
звярнуцца да адміністрацыі
be.convdocs.org
Галоўная старонка